Pierwszy kontakt z technicznym death metalem potrafi brzmieć jak rozmowa prowadzona jednocześnie przez pięć osób, z których każda mówi szybciej od poprzedniej. Perkusja pędzi, gitary zmieniają kierunek co kilka sekund, bas gra własny koncert, a wokal przypomina odgłos zawalającej się kopalni. Łatwo uznać, że ten gatunek nie jest dla nas.

To zwykle zbyt szybki wyrok. Problem polega na tym, że próbujemy usłyszeć wszystko naraz.

Nie zaczynaj od najbardziej skomplikowanej płyty

Najgorsza rada dla początkującego brzmi: „posłuchaj Archspire, od razu zrozumiesz”. Nie zrozumiesz. Najpewniej usłyszysz serię błyskawicznych dźwięków, docenisz sprawność muzyków i po dziesięciu minutach włączysz coś prostszego.

Techniczny death metal najlepiej poznawać etapami. Na początek wybrałbym płyty, które łączą złożoność z wyraźnymi riffami i melodiami. „Symbolic” zespołu Death pokazuje, jak ambitne pomysły mogą działać bez zamieniania utworu w egzamin z teorii muzyki. Potem można sięgnąć po „Focus” Cynic, „Epitaph” Necrophagist albo „Cosmogenesis” Obscury.

To nie jest lista najważniejszych płyt. To schody. Każdy stopień przygotowuje ucho na następny.

Wybierz jeden instrument i trzymaj się go

Kiedy sam wracałem do bardziej złożonych nagrań, przestałem analizować cały utwór. Za pierwszym razem śledziłem perkusję. Za drugim bas. Dopiero później gitary. Nagle chaos zaczął mieć plan.

Możesz zrobić podobnie:

  • przy pierwszym odsłuchu skup się na głównym riffie,
  • przy drugim spróbuj wyłapać pracę perkusji,
  • przy trzecim posłuchaj, co robi bas,
  • później zwróć uwagę na zmiany tempa i powracające motywy.

Nie trzeba znać nazw technik ani liczyć taktów. Wystarczy zauważyć, że fragment, który początkowo brzmiał przypadkowo, wraca po dwóch minutach w zmienionej formie. Wtedy muzyka zaczyna się otwierać.

Pierwszy odsłuch nie jest testem

W muzyce popularnej refren potrafi wejść do głowy po trzydziestu sekundach. Techniczny death metal często działa odwrotnie. Najpierw stawia mur, potem pokazuje drzwi.

Słuchasz albumu w samochodzie i po trzech utworach nie pamiętasz żadnego riffu. Następnego dnia wracasz do tej samej płyty, a jeden motyw wydaje się znajomy. Przy czwartym odsłuchu czekasz już na konkretną zmianę tempa. To nie porażka. Tak buduje się orientacja w tym gatunku.

Nie przeskakuj więc co minutę między zespołami. Wybierz jeden album i daj mu trzy pełne odsłuchy. Raz na słuchawkach, raz podczas spaceru, raz z tekstami. Trzy płyty poznane porządnie dadzą więcej niż trzydzieści zapisanych na później.

Melodia jest najlepszą mapą

Początkujący często wybierają najbardziej brutalne zespoły, bo chcą od razu wejść w sedno gatunku. Moim zdaniem to droga na skróty, która prowadzi w krzaki. Lepszym przewodnikiem jest melodia.

Obscura, Beyond Creation, Allegaeon czy późniejsze nagrania Death mają fragmenty, które można zanucić albo przynajmniej rozpoznać po kilku sekundach. Dzięki temu łatwiej zorientować się, gdzie utwór zmierza. Szybsze partie przestają być ścianą dźwięku.

Dopiero później warto wejść w bardziej gęste granie, takie jak Archspire, Origin, Spawn of Possession czy Artificial Brain. Nie dlatego, że te zespoły są lepsze. Po prostu wymagają ucha, które nauczyło się oddzielać warstwy.

Nie musisz lubić wszystkiego, co jest techniczne

W tym gatunku łatwo pomylić podziw z przyjemnością. Można rozumieć, że gitarzysta gra niewiarygodnie trudną partię, i jednocześnie nie mieć ochoty słuchać jej drugi raz. To uczciwa reakcja.

Techniczny death metal bywa melodyjny, futurystyczny, jazzujący, brutalny i niemal matematyczny. Jedni wolą przestrzeń Cynic, inni precyzję Necrophagist, jeszcze inni basowe linie Beyond Creation. Nie istnieje obowiązkowy zestaw upodobań.

Najlepszy punkt wejścia to nie album uznawany za najbardziej skomplikowany. To płyta, do której chcesz wrócić mimo tego, że jeszcze nie wszystko w niej rozumiesz.

Nie próbuj wygrać z technicznym death metalem. Daj mu kilka odsłuchów, aż przestanie być labiryntem i zacznie być miejscem, po którym masz ochotę chodzić bez mapy.